Natarczywy dźwięk budzika, niemile przypominał Lunie o zbliżającej się godzinie szóstej. Jedną ręką, próbowała wybadać położenie na ciemnobrązowej szafce nocnej nieznośnego zegarka. Już prawie go miała.
- Kochanie, pora wstawać. - szepnął mi do ucha Rolf, swym cichym, lekko śpiewnym głosem. Jęknęła w głębi duszy. Pragnęłam aby to nie był głos Rolfa, a Jego. Mimowolnie przypomniałam sobie jednak o Lorcanie i Lysanderze. Wstała powoli, powitana przez męża całusem w policzek. Podeszła do białej szafy, położonej w głębi naszej zielonej sypialni, po czym wyciągnęła z niej zwiewną turkusową sukienkę. Do tego założyła biżuterię tegoż koloru, oraz czarne rzymianki. Usta pomalowała szminką, a włosy pozostawiła rozpuszczone. Wyszła z pokoju, zmierzając beżowym korytarzem do, oddalonego o parę kroków, pokoju chłopców. Już po wyjściu mogła usłyszeć przyciszoną kłótnię.
- Oddawaj, to moje! - syknął, jak rozpoznała po ciepłej barwie głosu, Lysander. Odezwał się drugi, również przygaszony głos.
- Twój jest pod łóżkiem Lorcan. - Pani Scamnader domyśliła się że chodzi o Zerytki - magiczne stworzonka, odnalezione we Francji, przez Rolfa dla chłopców. Są nieśmiertelne, ale oczywiście do czasu. W ich przypadku do śmierci ich właściciela. Luna powiedziała cicho ,Accio Critt". Po sekundzie w jej ręce trafiła maleńka niebieska kuleczka przypominająca chomika i pancernika, zarazem. Pogłaskała delikatnie zwierzątko po czym westchnęła lekko na widok kłócących się synów. Ruchem ręki kazała im usiąść na najbliższym łóżku, należącym do Lysandera.
- Chłopcy, Critt i Migg to nie zabawki, a zwierzęta o które należy dbać i szanować. - zaczęła, lecz przerwał jej podwójny, cichy chichot. Uniosła lekko brwi, a chichot Lysandera przerodził się w głośny śmiech, dy tymczasem sam chłopiec zwijał się na łóżku, łapiąc za brzuch. Pierwszy zreflektował się Lorcan, odchrząkując cicho. Próbował opanować się i jednocześnie spoważnieć.
- Przepraszamy mamo, ale dość dziwnie wyglądasz, jak jesteś poważna. - powiedział, po czym parsknął cicho śmiechem. Dawna pani Lovegood również uśmiechnęła się lekko.
- Wiem że wydaje się wam iż są to rzeczy, ale pomyślcie, jakbyście byli na ich miejscu traktowani tak samo, jak wy traktujecie ich. - powiedziała, jednak widząc że nie rozumieją westchnęła cicho. Zza lewego ucha wyciągnęła swoją różdżkę. Mruknęła jedno zaklęcie, a jeden z Zerytków, Migg, przemówił ludzkim, basowym głosem.
- Słuchajcie matki. Zachowujecie się okropnie. My was kochamy, a wy nami rzucacie i traktujecie jak jakiegoś pluszaka. - chciał mówić dalej, ale Luna uciszyła go przeciw zaklęciem. Pogłaskała zwierzątko, ufnie tulące się do jej ręki, po czym oddała je Lorcanowi. On i jego brat siedzieli na swoich miejscach zszokowani.
- Mamo, jak to zrobiłaś? Nauczysz nas? - zaczęli prosić matkę, która zaśmiała się cicho. Wiedziała że tylko w taki sposób zwróci ich uwagę na zwierzątka.
- Dobrze, ale jeśli będziecie opiekować się przez cały rok Crittem i Miggiem. - zastrzegła, jednak radosne iskierki w ich oczach nie gasły. Ochoczo pokiwali głowami. - No, zbierajcie się już. Migotka na pewno zrobiła już śniadanie. - powiedziała po czym wyszła z ich pokoju.
W kuchni czekał na nią jak zawsze jej mąż czytający ,,Prorok Codzienny". Na nagłówku dostrzegła zdjęcie swoich przyjaciół, jak i również jej.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że brałaś udział w czymś tak niebezpiecznym. - stwierdził odrywając wzrok od gazety. Kobieta upiła łyk Feyi, nowej czarodziejskiej kawy zawierającej ziarna Juvy, witając się ze skrzatką. Nie zwróciła uwagi na słowa męża. Zawsze gdy wspominali cokolwiek o Bitwie o Hogwart, a robili to dość często, mówił jej jak bardzo to było niebezpieczne i o tym, jak chroniłby ją gdyby akurat tam był. Nie wierzyła mu. Nie było go, a więc tak naprawdę z pewnością nie wie, jakby się zachował. Z nieprzyjemnych wspomnień otrząsnęła się na dźwięk tupania swych synów. Jak zawsze także towarzyszyły im odgłosy kłótni. Wiedziała jednak że w razie kłopotów, jeden wskoczył by w ogień za drugim.
- Chłopcy pamiętajcie o tym, aby pozdrowić ode mnie Hagrida oraz Nevilla. - powiedziała.
- Dobrze mamo. - odpowiedzieli chórem.
Na peron 9 i 3/4 dostali się za pomocą popularnej sieci Fiuu. Pan Scamander, nie towarzyszył jednak swej żonie i dzieciom; ,,Kochani, przykro mi, ale muszę już dzisiaj wyjechać. Opowiadałem już wam, że tylko drugiego września Drastu wychodzi ze swych kryjówek i ukazuje swoje odnóża, prawda? Muszę tam jechać, a ze sobą zabieram MacFreya. Postaramy się zdobyć kilka kropel krwi.". Przez to, niepełna w swoim składzie rodzina, dotarła o siódmej trzydzieści cztery, na peron.
- Mamo, pamiętaj nie płacz. - powiedział Lorcan żartobliwym tonem. Perlisty śmiech pani Scamander rozbrzmiał radośnie, po czym zawtórowały im wesołe śmiechy jej synów.
- Cześć. - powiedziała nagle cichym tonem Luna. Chłopcy obejrzeli się i ujrzeli wysokiego mężczyznę o nietypowym, prawie białym, odcieniu włosów. Na jego twarzy widniał lekki uśmiech, który odwzajemnili bez wahania, dystansując go jednak po sekundzie; dostrzegli bowiem niewyraźną minę swej rodzicielki. Patrzyli później, jak po kilku zdaniach jej twarz wypełnia szczery uśmiech, a w oczach nieznajomego tańczą wesoło radosne iskierki. Lorcan domyślał się że coś ich kiedyś łączyło. Spojrzał na brata, który znacząco uniósł brew, oraz dał mu delikatnego kuskańca w bok.
- Mamo, to my już pójdziemy. - powiedział Lysander, a wtórujący gwizd lokomotywy ekspresu ,,Hogwart", dał chłopcom alibi na ucieczkę. Idąc w stronę swych przyjaciół żegnających się z rodzicielami, spoglądali co chwila na swą matkę, nadal zaabsorbowaną rozmową z tajemniczym mężczyzną.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz