niedziela, 28 października 2012

Rozdział trzeci. Zagubiony Draco

Z innej perspektywy

Wcześnie rano gdy tylko Draco się obudził rzuciły mu się w oczy duże, napisane srebrnym atramentem litery "Pierwszy września-11.00 Scorpius, Hogwart" Notatka ta był napisana niezbyt starannie przez jego żonę i położona na białej szafce obok łóżka. Draco  niechętnie wstał  i założył białą koszulę, czarne jeansy i spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Zabłysły szare oczy, które odziedziczył po nim Scorpius.
Po paru minutach poszedł do pokoju syna i otworzył szeroko drzwi. Scorpius już nie spał, siedział za to spokojnie przy biurku i oglądał swoją złotą wagę do eliksirów.
- Cześć tato-powiedział nie odwracając wzroku od nabytku
- Dzień dobry- odparł Draco i podszedł do chłopca - spakowany już?
- Prawie.- odparł
- No to pakuj się,za chwilę śniadanie - rzekł ojciec, zszedł na dół do kuchni i przywołał  do siebie  swojego domowego skrzata, Tera.
- Tak panie?- zapytał skrzat kłaniając się nisko
- Zrób mi kawę i przygotuj coś dla Scorpiusa -rozkazał o 11 musimy być na peronie
-Tak panie-powiedział skrzat,skłonił się nisko i zniknął z cichym trzaskiem.
Scorpius prawie w ogóle nie dotknął swojego śniadania. Draco siedział na końcu długiego hebanowego stołu i czytał "Proroka" co jakiś czas zerkając na bladego chłopca i stygnące przed nim jajko z sokiem pomarańczowym.
- Jak zemdlejesz na środku peronu z głodu to nie zdziw się, że już na początku roku staniesz się popychadłem-powiedział Draco nie odrywając wzroku od gazety.
Ten argument w końcu przekonał Scorpiusa, który niechętnie zjadł kawałe zimnego jajka.
- To jest ochydne- stwierdził- jest zimne.
- To już nie moja sprawa- odpowiedział ojciec,ale widząc, że Scorpius zamierza zawołać skrzata syknął cicho zaklęcie i jajko znowu parowało przyjemnym ciepłem.
Równo o 10.30 Obaj znaleźli się na peronie 9 i trzy czwarte. Draco wskazał synowi najlepsze miejsce w przedziale i za pomocą różdżki wrzucił kufry do pociągu.
Po chwili coraz więcej osób zaczęło zjawiać się na peronie. W tłumie Draco dostrzegł rude włosy Rona i jego dzieci oraz Hermione  Granger. Mimo tego, że nie była to jego sprawa poczuł, że to kompletny absurd, aby czarodziej czystej krwi (Nawet taki Weasley) wiązał się ze szlamą. Oczywiście nie minęło nawet 5 minut jak obok rudzielca pojawił się słynny Potter z kolejnym Weasley'em przy boku-Giny.  Jednak z trójki dzieciaków tylko mała Lily miała rude włosy.
Scorpius popatrzył w tym samym kierunku, a gdy ojciec dojrzał błysk w jego oku powiedział szorsko:
- Nie możesz kolegować się z nimi,może ty jeszcze nie zauważyłeś, ale to są dzieci POTTER'ÓW.-Ponieważ syn nie reagował Draco syknął tylko coś o przyjaźni szlam i spojrzał w innym kierunku.
Niepotrzebnie.Na drugim końcu peronu stała Luna Lovegood obecnie Scamander. Ubrana w zieloną sukienkę i ze spiętymi z tyłu złotymi włosami wyglądała olśniewająco.Była wraz ze swoimi dwoma synami-bez męża. Nie patrząc nawet na własnego syna podszedł do niej.
-Cześć-przywitała się zobaczywszy znajomą twarz choć nie koniecznie lubianą
-Cześć-odparł Draco- Co tam u ciebie?-zagadał prosto
- U mnie dobrze,wyszłam za mąż za Rolfa Scamander'a. Nie było Cię na ślubie-zauważyła
-T-tak,bo widzisz-zająkał się- miałem inne sprawy-dokończył już bardziej naturalnym głosem.
Luna spojrzała na niego dziwnie po czym  uśmiechnęła się:
-To jest Lorcan,a to Lysander - przedstawiła mu synów.
-Dzień dobry-odparli chłopcy chórem
- A gdzie jest Scorpius?-zapytała
- Pewnie już w pociągu-powiedział Draco przyglądając się dwóm blondynom.
Rozległ się pierwszy gwizdek i Lorcan pobiegł już w stronę expresu. Draco zapatrzył się w marzycielskie oczy Luny i rozmarzył się.
Tymczasem Scorpius wsiadł do swojego przedziału i spojrzał za okno.Lubić nie może,ale kochać nikt mu nie zabroni...

niedziela, 21 października 2012

Rozdział trzeci. Kręte ścieżki Luny Lovegood - Scamander.

   Natarczywy dźwięk budzika, niemile przypominał Lunie o zbliżającej się godzinie szóstej. Jedną ręką, próbowała wybadać położenie na ciemnobrązowej szafce nocnej nieznośnego zegarka. Już prawie go miała.
- Kochanie, pora wstawać. - szepnął mi do ucha Rolf, swym cichym, lekko śpiewnym głosem. Jęknęła w głębi duszy. Pragnęłam aby to nie był głos Rolfa, a Jego. Mimowolnie przypomniałam sobie jednak o Lorcanie i Lysanderze. Wstała powoli, powitana przez męża całusem w policzek. Podeszła do białej szafy, położonej w głębi naszej zielonej sypialni, po czym wyciągnęła z niej zwiewną turkusową sukienkę. Do tego założyła biżuterię tegoż koloru, oraz czarne rzymianki. Usta pomalowała szminką, a włosy pozostawiła rozpuszczone. Wyszła z pokoju, zmierzając beżowym korytarzem do, oddalonego o parę kroków, pokoju chłopców. Już po wyjściu mogła usłyszeć przyciszoną kłótnię.
- Oddawaj, to moje! - syknął, jak rozpoznała po ciepłej barwie głosu, Lysander. Odezwał się drugi, również przygaszony głos.
- Twój jest pod łóżkiem Lorcan. - Pani Scamnader domyśliła się że chodzi o Zerytki - magiczne stworzonka, odnalezione we Francji, przez Rolfa dla chłopców. Są nieśmiertelne, ale oczywiście do czasu. W ich przypadku do śmierci ich właściciela. Luna powiedziała cicho ,Accio Critt". Po sekundzie w jej ręce trafiła maleńka niebieska kuleczka przypominająca chomika i pancernika, zarazem. Pogłaskała delikatnie zwierzątko po czym westchnęła lekko na widok kłócących się synów. Ruchem ręki kazała im usiąść na najbliższym łóżku, należącym do Lysandera.
- Chłopcy, Critt i Migg to nie zabawki, a zwierzęta o które należy dbać i szanować. - zaczęła, lecz przerwał jej podwójny, cichy chichot. Uniosła lekko brwi, a chichot Lysandera przerodził się w głośny śmiech, dy tymczasem sam chłopiec zwijał się na łóżku, łapiąc za brzuch. Pierwszy zreflektował się Lorcan, odchrząkując cicho. Próbował opanować się i jednocześnie spoważnieć.
- Przepraszamy mamo, ale dość dziwnie wyglądasz, jak jesteś poważna. - powiedział, po czym parsknął cicho śmiechem. Dawna pani Lovegood również uśmiechnęła się lekko.
- Wiem że wydaje się wam iż są to rzeczy, ale pomyślcie, jakbyście byli na ich miejscu traktowani tak samo, jak wy traktujecie ich. - powiedziała, jednak widząc że nie rozumieją westchnęła cicho. Zza lewego ucha wyciągnęła swoją różdżkę. Mruknęła jedno zaklęcie, a jeden z Zerytków, Migg, przemówił ludzkim, basowym głosem.
- Słuchajcie matki. Zachowujecie się okropnie. My was kochamy, a wy nami rzucacie i traktujecie jak jakiegoś pluszaka. - chciał mówić dalej, ale Luna uciszyła go przeciw zaklęciem. Pogłaskała zwierzątko, ufnie tulące się do jej ręki, po czym oddała je Lorcanowi. On i jego brat siedzieli na swoich miejscach zszokowani.
- Mamo, jak to zrobiłaś? Nauczysz nas? - zaczęli prosić matkę, która zaśmiała się cicho. Wiedziała że tylko w taki sposób zwróci ich uwagę na zwierzątka.
- Dobrze, ale jeśli będziecie opiekować się przez cały rok Crittem i Miggiem. - zastrzegła, jednak radosne iskierki w ich oczach nie gasły. Ochoczo pokiwali głowami. - No, zbierajcie się już. Migotka na pewno zrobiła już śniadanie. - powiedziała po czym wyszła z ich pokoju.
   W kuchni czekał na nią jak zawsze jej mąż czytający ,,Prorok Codzienny". Na nagłówku dostrzegła zdjęcie swoich przyjaciół, jak i również jej.
- Nadal nie mogę uwierzyć, że brałaś udział w czymś tak niebezpiecznym. - stwierdził odrywając wzrok od gazety. Kobieta upiła łyk Feyi, nowej czarodziejskiej kawy zawierającej ziarna Juvy, witając się ze skrzatką. Nie zwróciła uwagi na słowa męża. Zawsze gdy wspominali cokolwiek o Bitwie o Hogwart, a robili to dość często, mówił jej jak bardzo to było niebezpieczne i o tym, jak chroniłby ją gdyby akurat tam był. Nie wierzyła mu. Nie było go, a więc tak naprawdę z pewnością nie wie, jakby się zachował. Z nieprzyjemnych wspomnień otrząsnęła się na dźwięk tupania swych synów. Jak zawsze także towarzyszyły im odgłosy kłótni. Wiedziała jednak że w razie kłopotów, jeden wskoczył by w ogień za drugim.
- Chłopcy pamiętajcie o tym, aby pozdrowić ode mnie Hagrida oraz Nevilla. - powiedziała.
- Dobrze mamo. - odpowiedzieli chórem.
   Na peron 9 i 3/4 dostali się za pomocą popularnej sieci Fiuu. Pan Scamander, nie towarzyszył jednak swej żonie i dzieciom; ,,Kochani, przykro mi, ale muszę już dzisiaj wyjechać. Opowiadałem już wam, że tylko drugiego września Drastu wychodzi ze swych kryjówek i ukazuje swoje odnóża, prawda? Muszę tam jechać, a ze sobą zabieram MacFreya. Postaramy się zdobyć kilka kropel krwi.". Przez to, niepełna w swoim składzie rodzina, dotarła o siódmej trzydzieści cztery, na peron.
- Mamo, pamiętaj nie płacz. - powiedział Lorcan żartobliwym tonem. Perlisty śmiech pani Scamander rozbrzmiał radośnie, po czym zawtórowały im  wesołe śmiechy jej synów.
- Cześć. - powiedziała nagle cichym tonem Luna. Chłopcy obejrzeli się i ujrzeli wysokiego mężczyznę o nietypowym, prawie białym, odcieniu włosów. Na jego twarzy widniał lekki uśmiech, który odwzajemnili bez wahania, dystansując go jednak po sekundzie; dostrzegli bowiem niewyraźną minę swej rodzicielki. Patrzyli później, jak po kilku zdaniach jej twarz wypełnia szczery uśmiech, a w oczach nieznajomego tańczą wesoło radosne iskierki. Lorcan domyślał się że coś ich kiedyś łączyło. Spojrzał na brata, który znacząco uniósł brew, oraz dał mu delikatnego kuskańca w bok.                                                                                     
- Mamo, to my już pójdziemy. - powiedział Lysander, a wtórujący gwizd lokomotywy ekspresu ,,Hogwart", dał chłopcom alibi na ucieczkę. Idąc w stronę swych przyjaciół żegnających się z rodzicielami, spoglądali co chwila na swą matkę, nadal zaabsorbowaną rozmową z tajemniczym mężczyzną.

sobota, 6 października 2012

Rozdział drugi. Już myślałem że się zgubiliście.

  Pociąg zwalniał już powoli, by po chwili zatrzymać się na stacji ,,Hogwart". Ubrani w szaty szkolne uczniowie wychodzili powolnie z wagonów. Na jednych twarzach, klasach drugich i powyżej, malowała się radość i uśmiechy. Na twarzach pierwszoroczniaków strach i niepewność.
- Pierwszoklasiści do mnie! - zagrzmiał potężny głos i z tłumu zaczął się przedzierać do nowych uczniów potężny, krępy mężczyzna z długą rozwichrzoną brodą i brązowymi włosami do ramion. Miał ponad dwa metry, a ubrany był w płaszcz z norek z wykończeniami ze smoczej skóry. Na nogach miał czarne buty z wywijaną cholewką z bazyliszka, a jego spodnie były zrobione z sieci akromentuli. Na skórzanym pasie z jednorożca, miał ponaszywane kieszenie, których nie brakowało też w płaszczu. Z jednej nich wyjął dużą, białą chustę i wytarł sobie czoło z potu.
- Za stary się na to robię. - mruknął do siebie pod nosem. Podekscytowane szepty umilkły jednak potulnie i twarzyczki pierwszoroczniaków były skierowane ku niemu. Większość z nich bała się i chowała się za innymi. Na przodzie grupy stali najodważniejsi, czy inaczej patrząc na sytuację, Rose, Albus, James i Lorcan, którzy doskonale znali owego mężczyznę.
- Hagrid! - krzyknęli uśmiechnięci. Olbrzym odwzajemnił szczerze uśmiech.
- Albusie, nie powinieneś iść do swojej grupy? - zapytał drugoroczniaka, wmieszanego w tłum. Ten kiwnął zrozumiale głową posmutniały, jednak próbował uśmiechnąć się do Hagrida.
- No to do zobaczenia... - powiedział odwracając się. Powolnym krokiem podszedł do powozów zaprzęgniętych w teastrale. Nie widział ich, czego bardzo żałował. Według jego taty to cudowne zwierzęta, które przypominają swym wyglądem czarne konie, a raczej ich duchy. Same powozy były śnieżno białego koloru, z mosiężnymi kołami. Na myśl przywodziły mu karety z wszystkich mugolskich bajek, jakie mama opowiadała Rose, kiedy była młodsza. Także lubił ich słuchać. Trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
   Chłopiec samotnie wsiadł do jednego z wolnych powozów. Po chwili weszła do niego czwórka znanych mu już osób. Mindous Sipoon, syn Cho Chang, o której raz wspominał ojciec i jej męża - Amrdifusa Sipoona. Był tam także Amygus Fedre, Pavilse Paf i Heedus Drii. Jedynie Amygus uśmiechał się.
- Ej, no co, ponuraki? Zamienili was w imperiusy, czy coś? - zapytał wyraźnie rozbawiony, napiętą sytuacją panującą w atmosferze. Zaśmiał się, jednak zauważył po chwili że coś nie gra. - A tak na serio. Coś się stało? - zapytał zdenerwowany. Wieczny wesołek, który jednak w uszy martwił się o wszystko i wszystkich. Zakrywał to jednak maską żartownisia, próbującego rozbawić każdą personę spotkaną na swej drodze. Wszyscy, pomimo zaciętych min, zaprzeczyli głowami i usiedli. Podróż minęła Albusowi wolno, tak jak każda podróż bez przyjaciół. Powóz po kilku minutach, które wydawały się przez ciszę, mąconą niekiedy jednakże nieudanymi kawałami Amygusa, godzinami, zatrzymał się. Chłopiec pośpiesznie wyskoczył na zewnątrz i udał się od razu Wielkiej Sali, wchodząc po Wielkim Moście i mijając obojętnie Zakazany Las i Zakątek Afft.
- Albus! - krzyknął ktoś za nim, na co gwałtownie się odwrócił. Był już prawie u celu.  - Poczekaj na nas! - zobaczył Rose z Jamesem i Lorcanem.
- Już myślałem, że się zagubiliście. - mruknął pod nosem. Przypomniały mu się miesiące, spędzone w tej szkole zeszłego roku, bez nich. Byli jeszcze za młodzi, aby uczęszczać do Hogwartu, a jego otaczali sami fałszywi ludzie, chcący się z nim zaprzyjaźnić ze względu na jego ojca. Wtedy nauczył się odróżniać ludzi dobrych, od złych.
- Człowiek uczy się na błędach. - powiedział cicho do siebie, nerwowo szarpiąc rękaw swej szaty. Dalej szli już razem, podążając wśród innych uczniów, śpieszących na ucztę.