sobota, 6 października 2012

Rozdział drugi. Już myślałem że się zgubiliście.

  Pociąg zwalniał już powoli, by po chwili zatrzymać się na stacji ,,Hogwart". Ubrani w szaty szkolne uczniowie wychodzili powolnie z wagonów. Na jednych twarzach, klasach drugich i powyżej, malowała się radość i uśmiechy. Na twarzach pierwszoroczniaków strach i niepewność.
- Pierwszoklasiści do mnie! - zagrzmiał potężny głos i z tłumu zaczął się przedzierać do nowych uczniów potężny, krępy mężczyzna z długą rozwichrzoną brodą i brązowymi włosami do ramion. Miał ponad dwa metry, a ubrany był w płaszcz z norek z wykończeniami ze smoczej skóry. Na nogach miał czarne buty z wywijaną cholewką z bazyliszka, a jego spodnie były zrobione z sieci akromentuli. Na skórzanym pasie z jednorożca, miał ponaszywane kieszenie, których nie brakowało też w płaszczu. Z jednej nich wyjął dużą, białą chustę i wytarł sobie czoło z potu.
- Za stary się na to robię. - mruknął do siebie pod nosem. Podekscytowane szepty umilkły jednak potulnie i twarzyczki pierwszoroczniaków były skierowane ku niemu. Większość z nich bała się i chowała się za innymi. Na przodzie grupy stali najodważniejsi, czy inaczej patrząc na sytuację, Rose, Albus, James i Lorcan, którzy doskonale znali owego mężczyznę.
- Hagrid! - krzyknęli uśmiechnięci. Olbrzym odwzajemnił szczerze uśmiech.
- Albusie, nie powinieneś iść do swojej grupy? - zapytał drugoroczniaka, wmieszanego w tłum. Ten kiwnął zrozumiale głową posmutniały, jednak próbował uśmiechnąć się do Hagrida.
- No to do zobaczenia... - powiedział odwracając się. Powolnym krokiem podszedł do powozów zaprzęgniętych w teastrale. Nie widział ich, czego bardzo żałował. Według jego taty to cudowne zwierzęta, które przypominają swym wyglądem czarne konie, a raczej ich duchy. Same powozy były śnieżno białego koloru, z mosiężnymi kołami. Na myśl przywodziły mu karety z wszystkich mugolskich bajek, jakie mama opowiadała Rose, kiedy była młodsza. Także lubił ich słuchać. Trochę śmiechu jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
   Chłopiec samotnie wsiadł do jednego z wolnych powozów. Po chwili weszła do niego czwórka znanych mu już osób. Mindous Sipoon, syn Cho Chang, o której raz wspominał ojciec i jej męża - Amrdifusa Sipoona. Był tam także Amygus Fedre, Pavilse Paf i Heedus Drii. Jedynie Amygus uśmiechał się.
- Ej, no co, ponuraki? Zamienili was w imperiusy, czy coś? - zapytał wyraźnie rozbawiony, napiętą sytuacją panującą w atmosferze. Zaśmiał się, jednak zauważył po chwili że coś nie gra. - A tak na serio. Coś się stało? - zapytał zdenerwowany. Wieczny wesołek, który jednak w uszy martwił się o wszystko i wszystkich. Zakrywał to jednak maską żartownisia, próbującego rozbawić każdą personę spotkaną na swej drodze. Wszyscy, pomimo zaciętych min, zaprzeczyli głowami i usiedli. Podróż minęła Albusowi wolno, tak jak każda podróż bez przyjaciół. Powóz po kilku minutach, które wydawały się przez ciszę, mąconą niekiedy jednakże nieudanymi kawałami Amygusa, godzinami, zatrzymał się. Chłopiec pośpiesznie wyskoczył na zewnątrz i udał się od razu Wielkiej Sali, wchodząc po Wielkim Moście i mijając obojętnie Zakazany Las i Zakątek Afft.
- Albus! - krzyknął ktoś za nim, na co gwałtownie się odwrócił. Był już prawie u celu.  - Poczekaj na nas! - zobaczył Rose z Jamesem i Lorcanem.
- Już myślałem, że się zagubiliście. - mruknął pod nosem. Przypomniały mu się miesiące, spędzone w tej szkole zeszłego roku, bez nich. Byli jeszcze za młodzi, aby uczęszczać do Hogwartu, a jego otaczali sami fałszywi ludzie, chcący się z nim zaprzyjaźnić ze względu na jego ojca. Wtedy nauczył się odróżniać ludzi dobrych, od złych.
- Człowiek uczy się na błędach. - powiedział cicho do siebie, nerwowo szarpiąc rękaw swej szaty. Dalej szli już razem, podążając wśród innych uczniów, śpieszących na ucztę.

1 komentarz:

  1. Szkoda, że taki krótki rozdział. ;)
    Bardzo ciekawią mnie losy Albusa.
    Czekam na kolejny.
    Pozdrawiam!
    Zapraszam na drugi rozdział na: slodkieslowka.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń